_

sobota, 19 grudnia 2009

Rayman 2 – mini-recenzja



Chłopek o imieniu Rayman w grze wideo pojawił się po raz pierwszy na Saturnie, 3DO i PSX w 1995 roku. Jego sympatyczne przygody znalazły wielu fanów, szczególnie wśród młodszych odbiorców. Wcale się temu nie dziwię, bo grę cechowała naprawdę pieczołowicie wykonana grafika 2D (oraz koszmarnie wysoki poziom trudności, ale to już zupełnie inna bajka). Druga część pojawiła się na DC (i PS2) pięć lat później. Ubisoft stanął na wysokości zadania, tworząc tytuł, który na stałe zapisał się w pamięci wszystkich fanów platformówek. Nie tylko rywalizował on z najlepszymi, ale też wyznaczał standardy, za którymi inni – chcąc utrzymać się na rynku – musieli podążać. Rayman 2 to gra, dla której warto odkurzyć staruszka Dreamcasta i mile spędzić przy nim kilkanaście godzin.

W The Great Escape kierujesz Raymanem. Jego charakterystyczny wygląd powoduje, że nie sposób pomylić go z żadną inną postacią ze świata gier wideo. Dłonie, stopy oraz głowa Raymana nie są połączone z resztą ciała i najzwyczajniej wiszą w powietrzu. Mimo to są mu w stu procentach posłuszne i korzysta z nich zupełnie tak, jak normalnie zbudowany człowiek. Potrafi skakać, pływać, a nawet – za pomocą długich uszu – latać. Te umiejętności przydają się podczas długiej wędrówki, która rozpoczyna się od ucieczki z więzienia. Razem z Tobą zwiewa również Twój niezbyt odważny i mało inteligentny przyjaciel, Globox. Po co? To proste – żeby zniszczyć całkowicie Piratów, którzy od dawna niewolą mieszkańców świata, w którym żyje Rayman.



Zasadniczo na rozgrywkę składają się dwa elementy – eksploracja świata oraz walka z Piratami. Na całe szczęście biegania oraz szukania przedmiotów jest znacznie więcej, niż samego strzelania. Starcia z wrogami są tutaj raczej dla urozmaicenia zabawy. Żeby jeszcze bardziej to podkreślić, autorzy gry ukryli w niej 1000 świetlików. Część z nich jest tak misternie schowana, że znalezienie ich graniczy z cudem. Czy to źle? Pewnie, że nie, bowiem wydłuża to i tak już długi czas gry. Czasem zmierzysz się z bossem, który pojawia się średnio raz na kilka plansz. Walki te nie są trudne (trochę wkurzyć może finał, ale taka chyba kolej rzeczy), podobnie jak ze zwykłymi przeciwnikami.



Wszystkich plansz jest około 20. Każda, ale to absolutnie każda z nich potrafi czymś zaskoczyć. Raz zadziwisz się, widząc nietypowe ujęcie kamery. Innym razem znowuż zaintryguje Cię piękno otaczającego świata. Przykładowo, kiedy w jednej z pierwszych plansz wejdziesz na pole kolorowych kwiatów, zbudzisz śpiące w nich motyle. I to może się podobać. Zwłaszcza, że akcję wówczas widzisz z dużego oddalenia (Rayman jest maciupeńki, ledwie go widać), a motyli jest cała chmara. Pięknie tańczą one w powietrzu, by po chwili ponownie osiąść na kwiatach. A to tylko jeden z wielu widoków, dzięki którym w grze się niemal zakochasz. Nie bez wkładu jest tutaj wspaniała grafika, która pokazuje, na co stać Dreamcasta.



Gry nie będę oceniał. Chciałbym bowiem, abyś sam się przekonał, jak to wszystko wygląda. Powiem tylko, że warto i jeśli nie grałeś do tej pory w tę część Raymana, to prędko nadrób zaległości. Polecam, polecam, po trzykroć polecam! [Tomcio]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz