_

sobota, 14 listopada 2009

Crazy Taxi – recenzja

Niewątpliwym atutem groteki DC były liczne konwersje arcade perfect z automatów. W ten sposób posiadacze maszynki z zakręconym logiem otrzymali własne wersje Soul Calibura, Under Defeat, House of the Dead 2 czy Ikarugi. Nie sposób też nie wspomnieć o Crazy Taxi, które także najpierw pojawiło się w salonach, a dopiero później trafiło do domów Graczy. Dzisiaj będzie właśnie o tym tytule – jak się okazuje, jednym ze sztandarowych gier na Dreamcasta. A czy to też oznacza, że najlepszych? Na to pytanie postaram się odpowiedzieć w niniejszej retro-recenzji. Zapraszam do lektury.





Tytuł mówi wszystko. Wcielamy się w rolę taksówkarza, którego zadaniem jest zarobienie jak największej kupki dolarów. Oczywiście to, w jaki sposób to zrobi, leży tylko i wyłącznie w woli Gracza. Dodam, że wskazana jest jazda na podwójnym gazie, szalone drifty na zakrętach i śmiganie z pasażerem nawet pod wodą (!). Klient zresztą bardziej preferuje szybki dojazd do celu, za co gotów jest więcej zapłacić.



Model jazdy jest stricte arcade’owy. Crazy Taxi w żadnym stopniu nie przypomina np. takiego F355 Challenge. I bardzo dobrze – w końcu tutaj mamy grać ostro, najostrzej, jak potrafimy. Ścinanie zakrętów przecież to normalna sprawa, podobnie jak jazda pod prąd. Nasz samochód nie jest oczywiście zwykłym pudełkiem stworzonym z kartonu i zachowuje się zgodnie z prawami fizyki. Wszystkich pojazdów w grze jest cztery i różnią się wyraźnie między sobą wagą i sposobem prowadzenia.
Bawić się możemy w kilku trybach rozrywki. Nad wszystkimi góruje zdecydowanie opcja nazwana Arcade, czyli znakomite przeniesienie tego, czym niegdyś zachwycali się bywalcy salonów. Całkiem pokaźnych rozmiarów miasto, nieubłagalnie upływający czas (który notabene można zwiększać przez szybkie rozwożenie ludzi), duża liczba potencjalnych klientów – oto kluczowe słowa Arcade. Na tych samych zasadach bazuje Original, z tą jednak różnicą, że tutaj jeździmy w specjalnie stworzonym na potrzeby konwersji konsolowej mieście. Mamy jeszcze Crazy Box, czyli zbiór wymagających zadań. Raz trzeba wykręcić 15-krotne drift-combo, następnym zaś rozbić wszystkie balony na arenie.




Wczuwaniu się w zawód taksówkarza sprzyja miła dla oka grafika. Tekstury naprawdę są ostre, wszystkie obiekty są wymodelowane pieczołowicie, zaś gra świateł robi całkiem przyjemne wrażenie. Zwłaszcza odbicia na naszej taksówce wyglądają świetnie. Nie obyło się oczywiście bez pewnych wad. Czasem zdarzy się przenikanie tekstur, czasem też przytnie animacja (ta ogólnie sprawuje się w porządku) i nagle ze stałych 30 fpsów magicznym sposobem wyświetlanych będzie 20.
Tym, co niesamowicie podkreśla arcade’owe korzenie Crazy Taxi, jest zestaw utworów muzycznych. Zostały one stworzone przez tylko dwie kapele – The Offspring i Bad Religion. Ludzie, jakiego kopa dają tej grze piosenki! Nie da się opisać. To trzeba usłyszeć!




Cóż mogę jeszcze dodać – mamy do czynienia z jedną z najlepszych gier na Dreamcasta. Pomimo nielicznych wad i upływu lat, Crazy Taxi dalej przysparza frajdy co nie miara. Szkoda tylko, że romans z grą miała nieliczna grupa wybrańców. A może to i dobrze? Ja tam nie chciałbym jechać z kierowcą taksówki, który chwilę przed wyjazdem w nią grał...
Moja ocena: 9 -

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz